Bradley Bayou to kreator mody nowego typu. Do niego zgłaszają się te amerykańskie gwiazdy, które chcą dobrze wyglądać na czerwonym dywanie, jak Queen Latifah, czy Oprah Winfrey. Szyje suknie specjalnie dla osób, które mają w nich wystąpić, opiera się na ich autentycznych wymiarach i stara się dopasować kreacje zarówno do figury swojej klientki, jak też do obrazu, jaki chciałaby one swoim wyglądem stworzyć.
To nie jedyny powód, dla którego Bayou jest wyjątkowy w świecie kreatorów mody. To właśnie on rozpętał w Stanach dyskusję o szkodliwości wymagania od modelek coraz niższych rozmiarów. Powiedział wprost “Istnieją dwie drogi do osiągnięcia rozmiaru zero. Głodzić się albo brać narkotyki. Albo jedno i drugie. I tak, one to robią, wszystkie.” Bayou przejął się tym problemem po tym, jak jego nastoletnia córka padła ofiarą bulimii. Zrezygnował wówczas z zatrudniania modelek noszących rozmiary 0 i 2.
Bradleya Bayou wyróżnia jeszcze jedno – szyjąc suknie dla kobiet, a nie tylko dla sztuki, zaczął dostrzegać , że kobiety się między sobą różnią i dlatego zainteresował się bliżej typami figury. Co stawia go w wyjątkowo dobrym świetle, na tle typowych kreatorów mody, którzy przecież zwyczajowo nie po to kreują modę, żeby się mieli przejmować różnicami między ludźmi.
I to właśnie Bradley Bayou jest autorem książki “The science of sexy – dress to fit your unique figure with a style system that works for every shapes and sizes”. Pozycja ta została wydana w Polsce pod uproszczonym tytułem “Jak wyglądać sexy – w co się ubierać by być atrakcyjną”, AWM, Warszawa 2006. Chociażby ze względu na postać autora warto się tą książką zainteresować.
Zapowiada się ciekawie, w związku z czym pomijając litościwie krzykliwą okładkę i hałaśliwy główny tytuł, pozostający jedynie na obrzeżach faktycznego tematu poruszanego w książce, zdecydowałam się jej przyjrzeć bliżej.
Najwięcej miejsca autor poświęcił stworzonemu przez siebie systemowi, w ramach którego wydzielił aż 48 kobiecych figur. Nie ukrywam, że zabrzmiało to zachęcająco. Bayou zwrócił uwagę na pomijane w klasycznych systemach elementy – wzrost i tuszę. I słusznie postanowił je uwzględnić- przecież nawet osoby posiadające ten sam typ sylwetki będą miały nieco inne potrzeby ubraniowe, w zależności od tego, czy są wysokie, średnie czy niskie. Podobnie jak osoba szczupła, średnia i otyła również będą wybierały nieco inne propozycje, nawet jeśli wszystkie posiadają ten sam typ sylwetki. Zatem wielki ukłon w stronę autora za nowatorskie podejście do tematu.
Niestety, kiedy przechodzimy do szczegółów, rzeczywistość zaczyna skrzeczeć. System 48 typów figury w rzeczywistości opiera się wyłącznie na 4 znanych od lat typach – prostokąt, klepsydra, trójkąt i odwrócony trójkąt) tylko pomnożonych przez 3 opcje wzrostu i 4 opcje tuszy.
W efekcie dowiadujemy się, że dla systemu nie ma znaczenia, czy Twoja figura, przy wąskich biodrach zawiera duży biust i wąskie ramiona, czy też mały biust i szerokie ramiona. A nie trzeba ogromnej wiedzy, żeby domyślić się, że osoby o tak różnych kształtach potrzebują innych zestawów ubrań. Podobnie klepsydra powinna mieć wg tej teorii jedynie porównywalnej wielkości biodra i ramiona oraz wyraźne wcięcie w talii. Nie ma znaczenia, czy będzie dodatkowo miała duży czy mały biust. A to jednak jest różnica. Pominięte zostały też takie kwestie, jak proporcje nóg do tułowia, że nie wspomnę o długości i umiejscowieniu talii, grubości ud, łydek, długości szyi itd. W tym kontekście informacja, że 4 typy kobiecych sylwetek zostały rozpoznane dzięki, a jakże, badaniom antropometrycznym zorganizowanym tym razem przez amerykańskich naukowców, pozwala jedynie pogratulować Amerykanom, że przynajmniej w odróżnieniu od grupy opłacanej przez rząd Hiszpanii “wykryli” dodatkowo jeszcze jedną, znaną od dawna możliwość. Na marginesie coraz bardziej zastanawiam się, czy ilość typów była wstępnie narzucona? A może od początku w obu akcjach dopasowywano wyniki do typów opisywanych w miejscowych gazetach? Nie wiem i chyba się nie domyślę. Szkoda tylko, że obie grupy mając w ręku badania antropometryczne nie zdołały dostrzec więcej rodzajów kobiecych sylwetek.
Tą metodą także dla opracowanego przez Bayou systemu większe znaczenie ma to, czy ważysz 60 czy 64 kg niż to czy masz duży czy mały biust. Pomijam tu fakt, że kształt nie zawsze można wyliczyć z kilogramów. Wszystkie znamy przykłady kobiet szczuplutkich, ważących więcej od pulchniejszych. Jednocześnie tyjąc jedna osoba uzyska pulchniejsze nogi, inna pulchniejszy brzuch, a jeszcze innej dodatkowe kilogramy rozłożą się równomiernie po całym ciele. Podobnie jest ze wzrostem – w praktyce nie jesteśmy w stanie ocenić, czy ktoś ma 170 czy 173 cm, zatem trudno się tu spodziewać istotnych różnic w ubiorze.
W efekcie trudno książkę polecić osobom szukającym gotowej recepty. Autor tymczasem zaleca odnalezienie swojego typu i sprawdzenie w “przymierzalni” dostosowanych bezpośrednio do nas 3 stron informacji. Niestety ubogie wyobrażenie różnic pomiędzy konkretnymi sylwetkami sprawia, że nie można liczyć na dokładne trafienie w wersję odpowiednią dla siebie.
Jeżeli jednak potraficie krytycznie oceniać podawane informacje i jesteście skłonne przeczytać i przemyśleć także sugestie przeznaczone dla całkiem innych typów figury, zamiast chodzić na skróty, wówczas możecie wydobyć dla siebie nieco przydatnych informacji.
A co z pozostałą częścią książki? Zostało nam bowiem jeszcze ponad 60 stron opisów, wyjaśnień i porad. W tej części dostrzegam wiele zalet, które chętnie Wam opiszę. Przyjemnie jest czytać wypowiedzi kreatora mody, stwierdzającego “To, że coś jest modne, nie oznacza wcale, że musisz to nosić. Po co wydawać pieniądze na rzeczy, które na Tobie nie będą dobrze wyglądać?”. Bayou uczy umiejętności dostrzegania w sobie zalet, udowadnia, że kompleksy są niezależne od wyglądu, skoro nawet najpiękniejsze gwiazdy mają nieuzasadnione uwagi do swojego ciała. Uczy konsekwencji w wyborze stylu, żebyśmy np. starając się wyglądać poważnie i profesjonalnie nie skończyły z szafą pełną strojów pasujących hippisce. Podpowiada, jak stworzyć żelazny zestaw przydatnych ubrań. Oczywiście cały czas trzeba mieć świadomość, że książka była pisana z myślą o amerykańskich czytelnikach, zatem zdarzają się tam także próby tłumaczenia oczywistych oczywistości. Przykładem może być informacja, jak sprawdzić zamek błyskawiczny – “po prostu zapnij zamek”. Za to wśród 10 sekretnych zasad, Bayou na pierwszym miejscu stawia odpowiednią bieliznę. Niestety szczegóły tej zasady nie są zbyt precyzyjne. Niemniej jednak w tekście jest sporo afirmacji kobiecości, autor nawet stara się walczyć z fobią literkową przy wyborze ubrań. Podaje też trochę przydatnych zasad, a na końcu zamieszcza rysunkowy słowniczek różnych opcji danego ubrania, gdzie można w razie wątpliwości sprawdzić np. co to są spodnie typu boot-cut, jak wygląda spódnica skrojona z koła, rękaw raglanowy, czy żakiet z baskinką.
Reasumując, zaprezentowany w książce system jest moim zdaniem z jednej strony warty uwagi, z drugiej jednak niewystarczająco precyzyjny, żeby można go było polecić osobom faktycznie szukającym prostych recept. Jednak dla osoby, która potrafi krytycznie oceniać przedstawiane jej propozycje książka może być ciekawą inspiracją.
Na koniec chciałabym podziękować jednej z forumek Lobby Biuściastych za zainteresowanie mnie tą pozycją – dziękuję Daslicht.
Tagi: Bradley Bayou, Jak wyglądać sexy, Typy figury
Umieszczone w kategorii: Fitting - dobór ubrań, Recenzje, Typy figury, ZakupyMożesz skomentować wpis, albo umieścić trackback ze swojej strony.




20 komentarzy dla wpisu: "Typy figury według Bradleya Bayou – recenzja"